Nowe życie, ale na starych zasadach

0
1184

„Jestem zwykły, skromny i uparty”. Właśnie tak o sobie mówi Piotr Sajdak, 23-letni student Socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest sportowcem amatorem. Udało mu się przebiec maraton. Przemierzanie kolejnych kilometrów, buduje jego psychiczną wytrzymałość i sprawia, że czuje się wolny. Piotrowi nie brakuje poczucia humoru. Zaraża wszystkich swoją pogodą ducha. Chce dobrze wykorzystać każdą chwilę życia. Śmiało można go nazwać pozytywnie zakręconym człowiekiem. Największa życiowa pasja – gotowanie – jest dla Piotra sposobem na wyrażanie wszystkich emocji. Przepisami dzieli się na blogu kulinarnym, ale niebawem pojawią się gastronomiczne filmiki na portalu Youtube.

Polecane przez Inspiracje Psychologiczne

Paulina Kotarba: Jedenaście miesięcy temu uległeś wypadkowi. Była to głośna sprawa, ale przypomnij krótko, co się wydarzyło?

Piotr Sajdak: Wybrałem się z koleżankami na krakowski Rynek świętować rozpoczęcie roku akademickiego. Wędrowaliśmy po różnych miejscach, w końcu trafiliśmy do klubu Afera znajdującego się przy ul. Sławkowskiej. W trakcie tańca do jednej z moich koleżanek zalecał się pewien mężczyzna, ale ona nie była nim zainteresowana. Zapytałem go, czy mógłby odejść. Zgodził się. Niestety po chwili znów podszedł, ale tym razem był już bardziej nachalny. Wywiązała się między nami bójka. W momencie, gdy ochrona wyrzuciła mnie z klubu, mężczyzna ten wyszedł za mną. Podszedł i wyciągnął nóż. Następnie wbił mi go 3 razy w rękę, 2 razy w pośladek, raz w biodro. Jeden z ciosów w rękę trafił w dół łokciowy, gdzie jest splot tętnicy łokciowej i nerwu promieniowego. Poza tym upadłem na ziemię, miałem olbrzymiego krwiaka, który blokował dopływ krwi.

W wyniku napadu Twoje życie było zagrożone. Lekarze walczyli o Ciebie, a później o Twoją rękę, której niestety nie udało się uratować.

Straciłem bardzo dużo krwi. Gdybym stracił pół litra krwi więcej, nie byłoby mnie na tym świecie. Moja tętnica przestała funkcjonować, konieczna była jej rekonstrukcja. W międzyczasie pojawiła się sepsa. Po 16 dniach lekarze zdecydowali się na amputację prawej ręki, 2 dni później wykonali operację.

Jak zareagowałeś na informację, że konieczna jest amputacja?

Głowa wypiera takie oczywiste znaki. Jeżeli byłbym swoim kolegą i przyszedłbym do siebie do szpitala, to byłoby od początku dla mnie jasne, że mi obetną rękę. Wypierałem jednak takie myśli. Miałem po prostu głupią nadzieję, że będzie wszystko dobrze i ta ręka będzie sprawna. Niczego nieświadomy jadłem śniadanie. Nagle przychodzi do mnie lekarka i mówi: „Panie Piotrze za dwa dni amputujemy Panu rękę”. W momencie, w którym słyszysz coś takiego, włącza Ci się myślenie, że to już koniec, że Twoje życie się skończyło. Jest to w pewnym sensie prawda, bo Twoje dawne życie się kończy i zaczynasz zupełnie nowe. Najzwyczajniej w świecie zacząłem ryczeć jak baba. Okres mojego załamania trwał trzy dni.

Tylko trzy dni?

Tak. Trzy dni byłem załamany. Dzień po amputacji o poranku pomyślałem sobie: „Dobra stary możesz ryczeć i użalać się nad sobą, jaki to jesteś biedny, albo wstać z łóżka, zacząć ogarniać i kontynuować swoje życie, zmienić coś, wykorzystać tę sytuację w pewnym stopniu, a w innym ją przezwyciężyć”. Zastosowałem główne zasady survivalowe, czyli obserwację, adaptację, przystosowanie i przetrwanie. Zacząłem przyglądać się temu, jak to wszystko wygląda, jak moje życie może się zmienić i zacząłem adaptować się, żeby przetrwać. To wszystko siedzi w głowie. Tak naprawdę, u ludzi nieraz te trzy dni trwają nawet pół roku, ale i tak finalnie efekt jest ten sam.

Widocznie Ty potrzebowałeś mniej czasu niż inni.

Szybko zdałem sobie sprawę, że i tak dojdę do tego momentu, kiedy będę musiał zacząć ogarniać, że zmusi mnie do tego sytuacja albo nie zrobię nic i faktycznie będę niepełnosprawny. Życie jest świetne. Chciałem z niego korzystać, a nie marnować czas. Każdy dzień w łóżku, kiedy ktoś leży, płacze i użala się nad sobą, nie chce wyjść do świata to właśnie kolejny zmarnowany dzień życia. Mamy ograniczoną liczbę dni i każdy z nich trzeba wykorzystać, więc tak, tylko trzy dni albo aż trzy dni. Mogłem to zrobić jeszcze wcześniej. Nie zależy to od siły charakteru tylko od uświadomienia sobie, że tak naprawdę nic się nie stało. To jest tylko jedna ręka. Znam faceta bez obu rąk, który bierze udział w wyścigach rajdowych. Ludzie są zdolni do genialnych rzeczy. Nick Vujicic jeździ po świecie i opowiada wszystkim ludziom, jakie piękne jest życie. Podejrzewam, że wieczorami, gdy wraca do domu, nieraz łapie go taka chandra, że ma wszystkiego dość. Każdy z nas tak ma. Nie ważne czy ma się jedną rękę czy dwie, czy cztery kończyny, czy się jest zdrowym, czy chorym. Zawsze są gorsze i lepsze dni. Na tym właśnie polega życie.

Zadawałeś sobie pytanie: Dlaczego akurat mnie to spotkało? Miałeś pretensje do reszty świata?

Nie. Nigdy nie obwiniałem o ten stan nikogo, nawet tego mężczyzny, który mi to zrobił. Naprawdę. Nawet nie czuję do niego żadnych emocji. Wiele osób zadawało mi pytanie, czy go nienawidzę, czy życzę mu śmierci. Nie. Równie dobrze mogłem się potknąć i nabić na pręt. Miałbym wtedy obwiniać ślusarza, że źle wykonał swoją pracę? Zastanawianie się, dlaczego tak się stało jest bez sensu. Suma przykrych zbiegów okoliczności.

Nowy Ty, nowe życie.

Nowy ja, nowe życie, ale na starych zasadach. Zostały mi te same zasady, którymi się kierowałem, gdy byłem w pełni kompletny. Przeniosłem je do nowego życia, które zaczęło się po wypadku. To życie faktycznie obróciło się o 180 stopni. Czasem myślę, że może dobrze, że się tak stało. Trochę mnie to ogarnęło życiowo. Skupiłem się bardziej na pewnych rzeczach, doceniłem rodzinę, przyjaciół. Zawsze myślałem, że jestem nielubianym typem, że raczej mam mało znajomych. W trakcie pobytu w szpitalu byłem praktycznie ciągle na środkach przeciwbólowych. W trzyosobowym pokoju leżałem sam. Jedna z rzeczy, jakie pamiętam to moment, gdy obudziłem się w pokoju w szpitalu, który był zapełniony moimi znajomymi. Było tam chyba 35 osób. Zawsze ktoś był przy mnie. W Krakowie leżałem 7 dni, później przeniesiono mnie do Warszawy. Nawet tam przyjeżdżali do mnie znajomi i przyjaciele. Moja mama wróciła specjalnie ze Stanów Zjednoczonych, siostra zrezygnowała z wakacji i przyjechała z Francji. Było to dla mnie duże wsparcie i dawka pozytywnej energii.

Zaskoczyły Cię pewne osoby, po których byś się tego nie spodziewał?

Tak. Ja bym siebie nie odwiedził w szpitalu.

Taki zły byłeś?

Nie zły. Mam dosyć specyficzne podejście do ludzi. Uważam, że takie właśnie zwyczaje typu odwiedzanie się w szpitalu czy dzwonienie do siebie, są sztuczne i zazwyczaj zbędne.

Twoim zdaniem ludzie nie przychodzą do szpitala z potrzeby serca?

To jest sztuczne. Tak jak śpiewanie sto lat.

Nie cieszysz się, ale śpiewasz.

Dokładnie. To jest krępujące nie tylko dla solenizanta, ale i dla wszystkich, którzy śpiewają. Głupi zwyczaj. Oczywiście życzymy tej osobie wszystkiego najlepszego, ale to śpiewanie jest sztuczne. Uważam, że niektóre zwyczaje są zupełnie niepotrzebne. Przez to wiele osób się na mnie denerwuje, bo myślą, że nie zależy mi na przyjaźni. Zależy mi na innych, jednak nie widzę sensu w wykonywaniu takich czynności. Aczkolwiek od czasu, kiedy moi znajomi tak świetnie spisali się w szpitalu, staram się to nadrabiać i przezwyciężać swój nihilizm. Czasem do nich zadzwonię, zapytam: „co słychać?”, a oni są bardzo zdziwieni. Trzeba się zmieniać na lepsze.

Można powiedzieć, że wypadek sprawił, że stałeś się lepszym człowiekiem?

Nie wiem.

Musiałabym zapytać się Twoich znajomych?

Dokładnie. Niektórzy uważają, że zacząłem być próżny.

Jak myślisz, dlaczego tak uważają?

Właśnie nie wiem, trudno mi zrozumieć ich punkt widzenia.

Mówią, że czas leczy rany. Niektórych ran niestety nie da się w pełni wyleczyć. Udało Ci się zaakceptować nowego siebie, nabrać dystansu?

Przed wypadkiem będąc „kompletnym”, nie wyglądałem zachwycająco. Po wypadku przeglądam się w lustrze i widzę, że moje odbicie nie jest czymś śmiesznym, czy pięknym. Na początku trochę boisz się wyjść do ludzi, wstydzisz się tego. Zwłaszcza, że jak jest się niekompletnym, najbardziej przeszkadza to, że wszyscy ludzie się na Ciebie patrzą. Wkurzałem się na innych, że gapią się na mnie. To jest denerwujące.

Patrzą na Ciebie jak na kogoś innego?

Czułem się jak dziewczyna z dużym dekoltem, ale właśnie to mi pomogło. Pomyślałem sobie, że jestem hipokrytą, bo gdy widzisz kogoś idącego o dwóch kulach, mającego protezy to, co robisz? Obracasz się i gapisz. Tak samo jest, gdy zobaczysz fajną dziewczynę, kogoś bardzo brzydkiego albo kogoś mówiącego do siebie. Obracasz się i patrzysz. To jest normalna ludzka reakcja. Mój znajomy należący do Amp Futbol, czyli klubu piłki nożnej dla facetów bez kończyn, Marek Zadębski powiedział mi, że im więcej pokażę ludziom, tym mniej zostawię im pola do działania ich wyobraźni. Zauważą, popatrzą, zaakceptują i odwrócą wzrok. A jeżeli ja będę to zakrywał, ich wyobraźnia będzie ciągle działać. W Amp Futbolu, gdy ktoś przepuści piłkę, wszyscy szydzimy, że chciał przyjąć na drugą nogę albo mówimy:  „mogłeś złapać prawą ręką zamiast lewej”. Chodzi o to, że mamy dystans do siebie. Często normalni ludzie nie są w stanie zrozumieć, że ludzie z wadą (nie lubię słowa niepełnosprawni) mają do siebie dystans, nie trzeba się przy nich spinać. Mówiąc o tym zwyczajnie, będziemy tych ludzi traktować normalnie. Nie będzie wtedy wykluczenia społecznego. Dzieci są prześwietne. Ludzie patrzą się i mają opory, żeby coś powiedzieć. Dzieci zupełnie nie. „Mamo, a czemu ten Pan nie ma ręki? Proszę Pana, a czemu Pan nie ma ręki?”.

Jak reagujesz w takich sytuacjach?

To zależy od okoliczności. Kiedyś jechałem tramwajem i przez całą drogę słyszałem rozmowę matki z dzieckiem. Kobieta pytała, czemu dziecko nie zjadło posiłku w przedszkolu. Dziecko mówiło, że nie będzie jadło. W pewny momencie odwróciło się, zauważyło mnie i zapytało, czemu nie mam ręki. Ja wtedy powiedziałem, że nie chciałem zjeść obiadku w szkole i tak straciłem rękę. Przerażenie na twarzy tego dziecka było bezcenne. Założę się, że teraz je dwie porcje. Nie powiem dziecku, że straciłem rękę, bo ktoś mnie zaatakował nożem. Ludzie czasem są inni, nie wszyscy mają komplet kończyn. Rodzice oczywiście w takich sytuacjach zawsze przepraszają za zachowanie dzieci.

Co robisz, gdy przychodzą chwile załamania, gorsze dni?

Zachowuję się wtedy jak każdy dorosły człowiek. Kładę się do łóżka w pozycji embrionalnej, owijam kołdrą i oglądam najgłupszy na świecie serial. Takie dni trzeba przeleżeć. Zauważyłem, że napady złego nastroju czy chandry nie dotyczą faktu, że nie mam ręki tylko tego, że rozwaliłem sobie laptopa czy też komórkę.

Takie zwykłe, codzienne sprawy.

Tak. Na przykład cały dzień padał deszcz i mam wszystkiego dosyć, jest mi zimno albo jestem chory. Nie pamiętam, kiedy ostatnio leżałem i smuciłem się z powodu braku ręki. Chyba nauczyłem się z tym żyć. To jest już dla mnie normalne. Smuciłem się, gdy zapadła decyzja, że moje życie się zmieni, że nie będę mieć ręki. Byłem praworęczny.

Nauczyłeś się pisać lewą ręką?

Sesję zimową zdawałem ustnie. W sesji letniej napisałem jeden egzamin. Piszę coraz więcej. Gdybym się skupił na pisaniu to podejrzewam, że już tydzień po wypadku bym wyraźnie i szybko pisał. Tylko, że jestem leniem i pewnych rzeczy nie chce mi się uczyć.

Dla chcącego nic trudnego.

Dokładnie. Trzeba tylko chcieć i trenować. Pierwszą czynnością, jakiej zacząłem się uczyć, było wiązanie butów. Zajęło mi to dzień, może dwa. Oczywiście sposób pokazał mi Jasiek Mela. Zaadaptowałem to na swoje warunki i się tego nauczyłem. Tak jest z każdą czynnością. Mając jedną rękę, uczysz się wszystkiego od nowa. Wszystko jest inne. Nie ma takiej czynności, której nie mógłbym wykonywać, z wyjątkiem grania na gitarze. Teraz nie mogę. Przed wypadkiem troszkę grałem. Widziałem mężczyznę z podobną amputacją jak moja, który gra za pomocą taśmy izolacyjnej i piórka. Może kiedyś też spróbuję.

Jest w Tobie chęć zdobywania nowych umiejętności. To dobrze.

Będąc ze znajomymi oczywiście mógłbym powiedzieć, że nie dam rady czegoś zrobić, bo jestem niepełnosprawny i poprosić o pomoc. Tylko, że wtedy nie byłbym sobą. Bardzo mnie denerwowało, że nie mogłem sam otworzyć piwa. Zacząłem nosić ze sobą otwieracz, ale później uznałem, że to jest słaby pomysł. Każdy facet powinien umieć otworzyć piwo zapalniczką. Nauczyłem się tego. Jest to mniej lub bardziej pożyteczna czynność w życiu.

Wielu czynności musiałeś nauczyć się na nowo, a to wymagało zapewne dużo cierpliwości.

Paradoksalne jest to, że nigdy nie byłem cierpliwym człowiekiem. Zawsze dostawałem szału, gdy musiałem robić coś, co wymagało ode mnie wytrwałości. Jaka czynność wymaga cierpliwości?

Jest wiele takich czynności. Życie wymaga cierpliwości.

Tak, teraz to wiem. Nigdy nie czekałem na swoją kolej. Dalej lubię jak wszystko jest dynamiczne. Nienawidzę na przykład stać w kolejkach.

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że bieganie jest dla Ciebie budowaniem nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej wytrzymałości. Dlaczego tak uważasz i czy faktycznie tak jest?

Od pierwszego kroku, gdy wychodzisz z domu głowa mówi, żeby przestać, wrócić, bo w domu jest fajniej, jest Internet a w nim wszystko, co najlepsze. Ty jednak biegniesz, jeden kilometr, dwa i tak cały maraton. Maratonu nie biegnie się na nogach tylko na głowie.

Akcja „42 do szczęścia” jest związana z bieganiem. Powiedz proszę, na czym ona polega.

Zbiera się grupa osób, która zakłada, że przebiegnie maraton. Postanawiają przebiec ten maraton dla kogoś. W trakcie przygotowań organizują różne akcje charytatywne w celu pozyskania funduszy na zakup protezy dla wybranej osoby.

Trzecia edycja akcji „42 do szczęścia” została zorganizowana właśnie dla Ciebie.

Pierwsza edycja była poświęcona dziewczynie, która straciła nogę w wypadku kolejowym. Za drugim razem był to mężczyzna, którego przygniotły płyty chodnikowe i również stracił nogę. Pierwsza edycja zgromadziła około 30 osób, druga ponad 40. Trzeciej udało się zrzeszyć aż 156 osób. Bardzo fajna ekipa. Najbardziej podobało mi się to, że pozytywnie zakręceni ludzie robili coś razem. Nie czułem się tam jak beneficjent, raczej jak członek ekipy. Bardzo się zżyliśmy. Wspólnie imprezowaliśmy, chodziliśmy na piwo.

Imprezowy chłopak z Ciebie.

Taki mam styl życia. Chociaż staram się doprowadzić do porządku.

Głównym celem akcji było zebranie pieniędzy na protezę, która ułatwiłaby Ci funkcjonowanie. Udało się zebrać całą kwotę?

Na razie mamy może 1/6 całej kwoty. Koszt protezy to 300 000 zł. Podejrzewam, że niedługo nie będę potrzebował tej protezy. W zasadzie już nie potrzebuję. Byłaby przydatna tylko do gotowania, które wychodzi mi całkiem dobrze bez protezy. Cały czas się nad tym zastanawiam. Teraz myślę o troszkę tańszej wersji, bo może w ogóle nie będę chciał jej mieć. Jeszcze nie można protezować, ponieważ leczenie jest niedokończone. Czeka mnie operacja. Każdy nieostrożny dotyk nadal sprawia mi ból. Zważywszy na to, że chodzę na siłownię, ćwiczę, gram w piłkę, ciągle narażam się na cierpienie.

Jak poradziłeś sobie ze wszystkimi negatywnymi emocjami? Ludzka psychika nie działa jak automat. Korzystałeś z fachowej pomocy psychologa lub psychiatry w trakcie pobytu w szpitalu?

Pielęgniarka zapytała mnie czy chciałbym skorzystać z pomocy psychologa, a właściwie psychiatry. Zgodziłem się na rozmowę. To była zabawna sytuacja. Pani psychiatra spytała mnie, czy medytuję. Powiedziałem, że nie. Usłyszałem wtedy, że muszę zacząć, gdyż to mnie oczyści. Pomyślałem: „co jest grane”. Na początku nie potrzebowałem pomocy psychiatry, ale po tej ponad godzinnej rozmowie o niczym zdałem sobie sprawę, że jednak jest ona niezbędna (śmiech). Po tym spotkaniu przyszła pielęgniarka, która zaoferowała mi pomoc. Opowiedziałem jej, jak wyglądała ta wizyta. Przebywałem wtedy w szpitalu w Warszawie, gdzie mają oddział stresu pourazowego. Przyprowadzono do mnie inną, tym razem młodszą i przy okazji bardzo ładną dziewczynę, panią psychiatrę. Dobrze mi się z nią rozmawiało. Przepisała mi takie fajne tabletki.

W jaki sposób pomogły Ci te leki?

Na wszystko patrzysz się tak pozytywnie. Leżąc na Grochowie, jednej z brzydszych dzielnic Warszawy w jakiś ponury dzień, widzisz same pozytywy.

Miałeś okazję porozmawiać z kimś, kto również stracił rękę lub nogę?

Tak, rozmawiałem. W szpitalu odwiedził mnie Jasiek Mela. Teraz pracuję w jego fundacji. Śmieją się tam ze mnie, ponieważ wszyscy są bardzo poprawni politycznie, ja niekoniecznie. Oni mówią osoby po amputacji, ja mówię kadłubki, oni mówią utracili kończyny, ja mówię, że ich poobcinało.

Co dała Ci taka rozmowa?

Nie jest tak, że po amputacji wszyscy wykonujemy daną czynność tak samo. Każdy znajduje sobie inny, własny sposób. Dzielenie się takim doświadczeniem jest niesamowicie przydatne. Nie znam osoby, której coś odcięto i która nie byłaby aktywna sportowo, zawodowo czy w jakikolwiek inny sposób. Osoby po amputacjach, bardzo angażują się w pomoc innym. Nie wiem, z czego to wynika, może z pewnego rodzaju uporu. Kiedy już wchodzi się do tego świata, to zazwyczaj chce się pomagać innym i dzielić się własnymi doświadczeniami.

Przed wypadkiem też miałeś w sobie taką chęć pomagania innym?

Jasne, zawsze. Uważam, że osobom, którym się należy pomoc, trzeba pomagać. Ludzie z natury lubią wspierać innych. Dbamy o słabsze jednostki. Siedzi w nas coś dobrego.

Dlaczego wybrałeś socjologię?

Przez całe liceum myślałem, że pójdę na prawo. Uczyłem się historii, WOSu, angielskiego. W trzeciej klasie zacząłem być antysystemowy. Pojechałem na Woodstock. Może za dużo alkoholu płynęło w moich żyłach (śmiech). Wybrałem socjologię, kierunek, po którym bardzo łatwo można się przekwalifikować. Jest to użyteczne, bo jesteś w stanie poradzić sobie w każdej sytuacji. Mimo to żałuję, że nie poszedłem na prawo.

Kończysz studia licencjackie, bronisz się i co dalej? Może jednak studia prawnicze?

Od października zaczynam magisterkę na socjologii oraz I stopień politologii ze specjalizacją z doradztwa politycznego. Trochę czytam o prawie. Jest ono dla mnie bardzo intuicyjne. Może to być moje hobby, zawsze mi się przyda w życiu. Sporo moich znajomych jest prawnikami. Nieraz przychodzę do nich na imprezę prawniczą, a oni ciągle rozmawiają o swoim fachu. Pracują etatowo w kancelariach, nieraz są to niebotyczne liczby godzin. Moja aktualna praca w fundacji nie jest związana z socjologią, ale ja się w niej spełniam.

Dasz radę czasowo pogodzić dwa kierunki i pracę?

Będę studiować, pracować, chodzić na siłownię, trenować Amp Futbol i będę miał jeszcze przy tym satysfakcjonujące życie prywatne. Mówiłem Ci, że lubię, kiedy w życiu dużo się dzieje.

Poważnie wierzysz w to, że jesteś w stanie pogodzić te wszystkie aktywności?

Tak!

W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać za Ciebie kciuki.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę napisz swój komentarz!
Proszę wpisz swoje imię tutaj