Nie każda zbrodnia wraca do nas w postaci wyroku. Czasem wraca jako miejsce, którego nie można odnaleźć.
Jesienią 2025 roku w Parku im. Daniela Gralatha w Gdańsku wykonano 320 odwiertów. Poszukiwano masowej mogiły ludzi, których ciała miały zostać pochowane tam po wojnie. Wcześniej znajdowały się w gdańskim Instytucie Anatomii kierowanym przez profesora Rudolfa Spannera. Przebadano około tysiąca metrów kwadratowych. W wielu miejscach wykryto ślady ingerencji człowieka, ale grobu nie znaleziono. Nie odnaleziono kości. Nie odnaleziono miejsca, przy którym można byłoby stanąć, położyć kwiaty i wypowiedzieć imiona.
Ale brak grobu nie oznacza braku historii.
Ta historia prowadzi przez dwa miejsca. Pierwszym jest niemiecki obóz koncentracyjny Stutthof w Sztutowie, które w chwili utworzenia obozu należało do Wolnego Miasta Gdańska. Drugim – Instytut Anatomii działający już w samym Gdańsku, przy dzisiejszym skrzyżowaniu alei Zwycięstwa i ulicy Marii Skłodowskiej-Curie. Nie należy tych miejsc zlewać w jedną sensacyjną opowieść. W Stutthofie przeprowadzano zbrodnicze eksperymenty na żywych więźniach. W Instytucie Spannera wykorzystywano ciała osób zmarłych, straconych i zamordowanych.
Łączyło je jednak coś głębszego.
Człowiek przestawał być w nich osobą. Stawał się przypadkiem, organizmem, preparatem, przedmiotem badania. Materiałem.
Dwie medycyny pod jednym dachem
Medycyna kojarzy się z ratowaniem życia. Z obecnością kogoś, kto pochyla się nad cierpieniem i wykorzystuje swoją wiedzę, aby człowieka ochronić. W obozie koncentracyjnym zachowano zewnętrzne elementy medycyny – szpital, lekarzy, sanitariuszy, dokumentację, leki i zabiegi – ale odwrócono jej znaczenie.
Szpital w Stutthofie był podzielony na dwie części. Jedna służyła członkom załogi SS. Tam leczono rannych i chorych, starając się przywrócić im zdrowie. Druga była przeznaczona dla więźniów. Jej zadaniem nie było przede wszystkim ratowanie pacjentów, lecz utrzymywanie przy pracy tych, którzy nadal mogli być wykorzystani, izolowanie zakaźnie chorych od załogi oraz eliminowanie ludzi uznanych za nieprzydatnych.
Lekarze SS podpisywali akty zgonu, uczestniczyli w selekcjach, egzekucjach i wymierzaniu kar. Ze szpitala więźniarskiego chorzy mogli zostać skierowani na śmiertelny zastrzyk albo do komory gazowej. Strach przed szpitalem był tak wielki, że niektórzy więźniowie woleli iść do pracy z gorączką, bólem i rozwijającą się chorobą, niż zgłosić się po pomoc.
Pod jednym dachem istniały więc dwie medycyny.
Jedna widziała pacjenta.
Druga widziała problem.
Różnica nie przebiegała między chorobami. Przebiegała między ludźmi, którym przyznano prawo do życia, a tymi, których z kręgu moralnej troski wyłączono.
To jest jeden z najbardziej niepokojących mechanizmów zbrodni. Człowiek nie musi najpierw zostać zabity. Najpierw wystarczy odebrać mu status kogoś, wobec kogo obowiązują zwykłe zasady.
Można nadal posiadać wiedzę. Można wykonywać zawód. Można zachować tytuł lekarza. A jednocześnie uznać, że cierpienie niektórych osób nie wymaga współczucia, ich zgoda nie ma znaczenia, a ich życie może zostać podporządkowane interesowi państwa, armii albo nauki.
Ciało jako pole doświadczenia
W 2017 roku gdański oddział Instytutu Pamięci Narodowej zakończył śledztwo dotyczące zbrodniczych eksperymentów prowadzonych w Stutthofie od kwietnia 1940 do stycznia 1945 roku. Postępowanie obejmowało członków komendantury oraz personelu medycznego obozu.
Wśród badanych czynów znalazło się celowe oziębianie organizmu, przeprowadzanie zbędnych operacji i zabiegów dentystycznych, sterylizowanie więźniów oraz zakażanie ich chorobami, między innymi tyfusem, płonicą i flegmoną, czyli rozległym zakażeniem ropnym. Następnie obserwowano przebieg choroby i działanie stosowanych preparatów. Działania te prowadziły do ciężkiego uszczerbku na zdrowiu albo do śmierci. Śledztwo umorzono z powodu śmierci ustalonych sprawców oraz niewykrycia pozostałych.
Od 1942 roku w obozie stosowano szczepienia przeciwko tyfusowi. Preparaty, zanim podano je członkom niemieckiej załogi, sprawdzano na więźniach. Człowiek miał więc potwierdzić bezpieczeństwo produktu przeznaczonego dla kogoś, kogo życie system uważał za cenniejsze.
W języku eksperymentu wszystko można przedstawić jako procedurę.
Jest preparat. Jest dawka. Jest temperatura. Jest rana. Jest reakcja organizmu. Jest wynik.
Znika natomiast pytanie: kim jest człowiek, któremu to robimy?
Więzień nie miał prawa do świadomej zgody. Nie miał możliwości odejścia, przerwania doświadczenia ani odmowy. Jego ciało znajdowało się w rękach ludzi, którzy dysponowali nie tylko wiedzą medyczną, lecz także pełnią władzy nad jego życiem.
Zbrodniczy eksperyment nie polegał więc jedynie na zadaniu bólu. Polegał również na odebraniu człowiekowi prawa do własnego ciała.
Nie należało ono już do niego. Mogło zostać schłodzone, zakażone, rozcięte, wysterylizowane i poddane obserwacji. Człowiek stawał się nośnikiem reakcji biologicznej.
To właśnie odróżnia badanie od przemocy ubranej w język nauki. Nie aparatura, nie tytuł lekarza i nie zapisane wyniki rozstrzygają o tym, czy mamy do czynienia z medycyną. Rozstrzyga stosunek do osoby.
Ci, którzy próbowali nadal leczyć
Historia Stutthofu nie jest jednak wyłącznie opowieścią o lekarzach, którzy służyli systemowi. Od drugiej połowy 1943 roku sytuacja części chorych zaczęła się poprawiać dzięki polskim lekarzom będącym więźniami obozu. Stopniowo stanowili oni coraz większą część personelu więźniarskiego. Starali się zdobywać lekarstwa, opracowywali własne sposoby leczenia i pomagali chorym w warunkach, w których za udzielanie pomocy można było zapłacić własnym życiem.
To ważny fragment tej historii.
Pokazuje, że sama wiedza medyczna nie czyni człowieka ani dobrym, ani złym. Ta sama wiedza może zostać wykorzystana do ratowania albo do niszczenia. O jej znaczeniu decyduje granica moralna: czy drugi człowiek nadal jest dla mnie osobą.
Więźniowie-lekarze nie dysponowali władzą, zapleczem ani bezpieczeństwem. Mieli znacznie mniej możliwości niż lekarze SS. Zachowali jednak coś, czego tamci się wyrzekli — zdolność widzenia człowieka w człowieku.
Nie można więc powiedzieć, że system odbierał każdemu możliwość wyboru. Ograniczał ją, groził, nagradzał posłuszeństwo i karał sprzeciw. Ale nie usuwał odpowiedzialności całkowicie. W tych samych warunkach jedni wykorzystywali bezbronność, a inni próbowali ją chronić.
Instytut, w którym pozostały ciała
W Gdańsku historia przybrała inną formę.
Profesor Rudolf Spanner przybył do miasta pod koniec 1939 roku, a od 1 stycznia 1940 roku kierował Instytutem Anatomii. Instytut mieścił się w dawnym budynku pallotynów przy dzisiejszej alei Zwycięstwa. Posiadał prosektorium oraz maceratorium wyposażone w kotły, autoklaw, piec i urządzenia służące do odtłuszczania oraz przygotowywania kości.
Anatomia zawsze pracowała z ludzkim ciałem. Sama obecność zwłok w instytucie medycznym nie świadczy jeszcze o zbrodni. Dlatego właśnie w tej historii potrzebna jest szczególna ostrożność. Sensacja łatwo zastępuje fakty, a legenda potrafi przesłonić rzeczywiste cierpienie.
Jednak to, co odkryto wiosną 1945 roku, wykraczało poza zwykły obraz placówki dydaktycznej.
Podczas oględzin doliczono się 148 ciał, z których 82 były pozbawione głów. Znaleziono również 89 oddzielonych głów, liczne fragmenty zwłok, kości, płaty ludzkiej skóry oraz substancję określaną jako mydło lub jego półprodukt. Spośród osiemnastu ciał poddanych dokładniejszym oględzinom piętnaście należało do osób, które zmarły gwałtowną śmiercią – między innymi przez zgilotynowanie, uduszenie albo wskutek obrażeń głowy.
Ciała trafiały do Instytutu z więzień w Gdańsku, Królewcu, Elblągu i Poznaniu, z zakładu psychiatrycznego w Kocborowie, z KL Stutthof oraz spośród jeńców wojennych. Znajdowały się wśród nich zwłoki osób straconych. Dokładna liczba i tożsamość wszystkich zmarłych pozostają nieznane, ponieważ dokumentacja zaginęła lub została zniszczona.
I właśnie tutaj następuje kolejny etap uprzedmiotowienia.
Najpierw człowiek traci wolność.
Potem traci nazwisko.
Następnie jego ciało traci związek z biografią, rodziną i pamięcią. Staje się preparatem.
Można je przewieźć, opisać numerem, rozdzielić na części, zakonserwować i wykorzystać. Nie pytać, kim był. Nie zastanawiać się, kto na niego czekał. Nie widzieć historii, która istniała przed śmiercią.
Ciało pozostaje ludzkie biologicznie, ale przestaje być traktowane jako ślad osoby.
Pomiędzy legendą a faktem
Najbardziej znanym elementem historii Instytutu Spannera jest opowieść o produkcji mydła z ludzkiego tłuszczu. Do Gdańska przyjechała Zofia Nałkowska, która uczestniczyła w pracach komisji badającej Instytut. Później opisała to doświadczenie w opowiadaniu „Profesor Spanner”, włączonym do tomu „Medaliony”.
Przez dziesięciolecia wokół sprawy narastały opowieści o masowej fabryce mydła, przemysłowej produkcji i mordowaniu ludzi specjalnie w celu pozyskania surowca. Tych twierdzeń dostępne ustalenia nie potwierdzają.
Nie oznacza to jednak, że cała historia była wymysłem.
Śledztwo IPN zakończone w 2006 roku potwierdziło, że w latach 1943–1945 w gdańskim Instytucie Anatomii wytwarzano substancję mydlaną z wykorzystaniem tłuszczu ludzkiego. Badania próbek wykazały również dodanie kaolinu, który poprawiał właściwości czyszczące produktu. Według zeznań był on używany do mycia stołów sekcyjnych, pomieszczeń i rąk. Szacowano, że mogło powstać od około 10 do 100 kilogramów tej substancji.
Jednocześnie śledztwo nie wykazało, aby na terenie Instytutu zabijano ludzi ani aby mordowano ich specjalnie w celu pozyskiwania tłuszczu. Zwłoki sprowadzano z więzień, szpitala psychiatrycznego, obozu i innych instytucji.
Dlatego słowo „fabryka” jest mylące. Sugeruje produkcję przemysłową, której nie udowodniono.
Ale równie mylące byłoby stwierdzenie, że skoro nie istniała fabryka, nie wydarzyło się nic szczególnego.
Skala ma znaczenie dla prawdy historycznej. Nie może jednak służyć do moralnego unieważnienia czynu. Przekroczenie granicy nie staje się mniej realne dlatego, że nie odbywało się na skalę przemysłową.
Najbardziej przerażające nie jest nawet samo pytanie, ile kilogramów substancji wyprodukowano. Bardziej niepokoi sposób myślenia, w którym ludzkie szczątki mogły zostać uznane za surowiec użytkowy.
Człowiek został sprowadzony do tego, co można jeszcze z jego ciała uzyskać.
Gdy język usuwa człowieka
Zbrodnia rzadko zaczyna się od najbardziej drastycznego czynu. Najpierw zmienia się język.
Nie mówi się już o osobie, lecz o jednostce, przypadku, materiale, numerze, pacjencie niezdolnym do pracy. Nie mówi się o zadawaniu cierpienia, lecz o procedurze. Nie mówi się o odebraniu płodności, lecz o sterylizacji. Nie mówi się o zabiciu człowieka, lecz o eliminacji.
Język nie jest niewinny. Może nie tylko opisywać rzeczywistość, ale również znieczulać na nią.
Kiedy z opowieści znika twarz, łatwiej wykonać kolejny etap. Jeden człowiek przywozi ciało. Drugi je rejestruje. Trzeci wykonuje zabieg. Czwarty podpisuje dokument. Piąty sprząta pomieszczenie.
Każdy robi tylko swoją część.
Odpowiedzialność rozpada się na małe czynności, które osobno mogą wyglądać jak techniczne obowiązki. Dopiero kiedy połączy się je w całość, widać system przemocy.
Nie trzeba przy tym zakładać, że każdy uczestnik przeżywał sadystyczną przyjemność. Zło instytucjonalne często nie potrzebuje wyłącznie ludzi okrutnych. Potrzebuje także ludzi posłusznych, ambitnych, obojętnych, zainteresowanych karierą, chroniących własną pozycję albo przekonanych, że odpowiedzialność ponosi ktoś wyżej.
To nie zwalnia ich z winy. Przeciwnie – pokazuje, jak szeroko może rozlać się zbrodnia, gdy człowiek uzna, że jego mały fragment działania nie wymaga moralnej oceny.
W ten sposób można pozostać dobrym specjalistą i jednocześnie uczestniczyć w czymś nieludzkim.
Profesor, który nie został osądzony
Rudolf Spanner został zatrzymany w Niemczech w 1947 roku pod zarzutem popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości. Tłumaczył, że uzyskiwana z tłuszczu substancja służyła do impregnacji preparatów anatomicznych. Nie udało się jednak potwierdzić, aby opisywana przez niego metoda była rzeczywiście stosowaną i znaną techniką preparowania.
Postępowanie karne umorzono w lipcu 1948 roku. Korzystnie zakończyło się dla niego również postępowanie denazyfikacyjne, chociaż zachowane dokumenty wskazywały, że należał do NSDAP od 1933 roku i był oceniany jako aktywnie realizujący cele państwa narodowosocjalistycznego.
Nie stanął przed sądem za to, co działo się w kierowanym przez niego Instytucie.
To także część tej historii. Zbrodnia nie zawsze kończy się karą. Czasem kończy się korzystną opinią kolegi, umorzeniem postępowania, powrotem do pracy i stopniowym zacieraniem pamięci.
Najłatwiej byłoby nazwać Spannera potworem i uznać, że należał do innego gatunku ludzi. Słowo „potwór” daje poczucie bezpieczeństwa. Oddziela sprawcę od nas. Pozwala wierzyć, że zło zawsze jest widoczne, skrajne i obce.
Ale Spanner nie funkcjonował poza światem nauki. Miał wykształcenie, tytuł, współpracowników i instytucję. Jego działania nie rozgrywały się w ukryciu samotnego szaleńca, lecz w strukturze, która dostarczała ciała, pomieszczenia, sprzęt i ludzi gotowych wykonywać kolejne polecenia.
I właśnie to jest bardziej niepokojące niż obraz pojedynczego potwora.
Gdzie zaczyna się zbrodnicza medycyna
Doświadczenia nazistowskie pokazały, że wiedza nie chroni automatycznie przed barbarzyństwem. Człowiek może znać budowę ciała, rozumieć mechanizmy bólu i wiedzieć, co prowadzi do śmierci, a mimo to użyć tej wiedzy przeciwko drugiemu człowiekowi.
Zbrodnicza medycyna nie zaczyna się wtedy, gdy lekarz przestaje być kompetentny.
Zaczyna się wtedy, gdy przestaje widzieć osobę.
Gdy zgoda staje się zbędna. Gdy cierpienie jednych uznaje się za mniej ważne. Gdy człowiek zostaje wyłączony z obszaru współczucia, bo przypisano go do niewłaściwej narodowości, rasy, grupy, diagnozy albo kategorii społecznej.
Nie chodzi o łatwe porównywanie każdego współczesnego błędu medycznego z nazistowskimi zbrodniami. Takie porównania banalizowałyby historię. Chodzi o rozpoznanie pierwszego kroku, który zawsze poprzedza przemoc: odebrania człowiekowi podmiotowości.
Najpierw przestaje być „kimś”.
Potem można zrobić z nim niemal wszystko.
Miejsce, którego nadal nie ma
W 2025 roku pracownicy IPN ponownie próbowali odnaleźć mogiłę związaną z Instytutem Spannera. Wykonali setki odwiertów. Ziemia ujawniła ślady wcześniejszej ingerencji, ale nie oddała ciał.
Być może spoczywają gdzie indziej. Być może miejsce zostało zniszczone. Być może nigdy nie uda się ustalić wszystkich nazwisk.
Najbardziej ostatecznym etapem uprzedmiotowienia jest właśnie odebranie człowiekowi pamięci. Nie tylko wykorzystać jego ciało, ale sprawić, żeby po latach nie było już wiadomo, kim był i gdzie został pochowany.
Pozostają liczby. Sto czterdzieści osiem ciał. Osiemdziesiąt dwie pozbawione głów. Osiemdziesiąt dziewięć oddzielonych głów. Trzysta dwadzieścia odwiertów.
Liczby porządkują historię, ale nie przywracają twarzy.
Dlatego warto powtarzać, że za każdą z nich istniał człowiek. Miał imię, przeszłość, ciało należące do niego, a nie do państwa, obozu, lekarza czy instytutu. Był kimś więcej niż reakcją organizmu, materiałem do ćwiczeń i surowcem pozostałym po śmierci.
Największa groza tej historii nie polega na tym, że medycyna przestała wiedzieć, czym jest człowiek.
Ona znała człowieka bardzo dokładnie.
Wiedziała, gdzie boli. Wiedziała, jak zakażać, jak ciąć, jak pozbawiać płodności, jak podtrzymywać życie i jak je odbierać.
Przestała jedynie uznawać, że człowiek ma wartość.
I właśnie wtedy wiedza, która miała służyć życiu, stała się jednym z narzędzi jego niszczenia.
Zbrodnia zaczęła się dużo wcześniej niż w chwili wkłucia igły czy uruchomienia kotła. Zaczęła się wtedy, gdy człowiek przestał być człowiekiem w oczach tych, którzy mieli go leczyć.
Podstawa źródłowa
Katarzyna Okoniewska, Medycyna obozowa w KL Stutthof, rozprawa doktorska, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, 2025. (Repozytorium AMU)
Komunikat Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku dotyczący śledztwa w sprawie eksperymentów medycznych w KL Stutthof, 2017. (Instytut Pamięci Narodowej – Gdańsk)
Dokumentacja Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN z prac w Parku im. Daniela Gralatha w Gdańsku, 2025. (Biuro Poszukiwań i Identyfikacji)
Informacja IPN o działalności Instytutu w 2006 roku i wynikach śledztwa dotyczącego Instytutu Anatomii w Gdańsku. (Instytut Pamięci Narodowej – Archiwum)
Encyklopedia Gdańska, hasło Instytut Anatomiczny Akademii Medycznej w Gdańsku 1940–1945. (Gedanopedia Gdańsk)




![Zdelegalizować Coaching, Czyli Tak Właściwie Co? [7 mitów na temat Coachingu]](https://ipsycho.pl/wp-content/uploads/2017/03/coaching-1-150x150.png)

