„Skorpion. Zło, które wyglądało zwyczajnie”

0
6

 

Nie każde zło przychodzi z krzykiem. Czasem przychodzi po cichu, w zwykłym ubraniu, ze zwykłą twarzą i zwykłą biografią.

Najbardziej niepokojące w historii Pawła Tuchlina nie jest tylko to, co zrobił. Przeraża także to, jak długo mógł być obok ludzi i nie zostać przez nich naprawdę rozpoznany. To właśnie w tej zwyczajności rodzi się dreszcz. Bo gdyby zło zawsze miało twarz demoniczną, łatwiej byłoby odsunąć się od niego na czas. Tymczasem ono bywa szare, codzienne, niemal niezauważalne.

Paweł Tuchlin, znany pod milicyjnym kryptonimem „Skorpion”, działał na Pomorzu, a dokładnie w Gdańsku, bądź okolicach w latach 1975–1983. Został skazany za dziewięć zabójstw i jedenaście usiłowań zabójstwa. W maju 1987 roku wykonano na nim wyrok śmierci w Gdańsku. Te suche daty porządkują historię, ale nie wyjaśniają jej grozy. Bo najważniejsze pytanie nie brzmi tylko: „co się stało?”, ale: „co musiało stać się w człowieku, żeby drugi człowiek przestał być dla niego osobą?”.

W narracjach kryminalnych często mówi się o potworach. To słowo daje chwilową ulgę, bo odsuwa sprawcę poza obszar człowieczeństwa. Potwór jest kimś innym, obcym, skrajnym. Ale psychologicznie sprawa jest bardziej niewygodna. Tuchlin nie był istotą z innego świata. Funkcjonował społecznie, miał rodzinę, pracę, otoczenie. I właśnie dlatego jego historia niepokoi bardziej niż sama legenda „Skorpiona”.

Biegli nie uznali go za osobę niepoczytalną. W dostępnych opisach sprawy powraca obraz człowieka z silnymi cechami psychopatycznymi lub dyssocjalnymi oraz zaburzeniami sfery popędowo-seksualnej. To ważne: nie chodziło o człowieka, który nie wiedział, co robi. Bardziej o kogoś, kto wiedział, ale nie zatrzymywał się tam, gdzie zdrowa psychika czuje granicę. Granicę ciała. Granicę lęku. Granicę cudzej godności.

Empatia nie jest tylko miłą cechą charakteru. Jest wewnętrznym hamulcem. Dzięki niej drugi człowiek nie jest dla nas wyłącznie przeszkodą, ciałem, obiektem czy narzędziem rozładowania napięcia. Jest kimś. Gdy ten hamulec nie działa, relacja z drugim człowiekiem może zostać zastąpiona przez dominację, zawłaszczenie i przemoc.

Modus operandi Tuchlina był powtarzalny i chłodny. Atakował kobiety samotne, często wieczorem albo o świcie, w miejscach mniej uczęszczanych. Działał z zaskoczenia. Używał ciężkiego narzędzia, uderzając ofiary tak, by natychmiast odebrać im możliwość obrony.  Jest sprawca i ktoś, kto ma zostać pozbawiony swojej podmiotowości.

Właśnie dlatego jego sposób działania nie był jedynie techniką zabijania. Był psychologicznym rytuałem dominacji. Wybór samotnej kobiety, atak z zaskoczenia, obezwładnienie, przemoc seksualna, zabranie rzeczy — to wszystko tworzyło zamknięty układ, w którym drugi człowiek zostawał sprowadzony do obiektu, któremu można odebrać życie.

W przypadku Tuchlina szczególnie niepokojące jest także to, że jego przemoc nie pojawiła się nagle jako całkowicie oderwany epizod. W opisach jego biografii powraca obraz człowieka, który wcześniej naruszał granice: kradł, włamywał się, dopuszczał się zachowań dewiacyjnych. Z czasem przekroczenia stawały się coraz poważniejsze. Jakby wewnętrzny hamulec nie tyle pękł nagle, ile stopniowo przestawał działać. Coraz mniej znaczyły cudze granice. Coraz mniej znaczył cudzy strach.

Szczególnie znaczący jest wątek przedmiotów zabieranych ofiarom. W opisach sprawy pojawia się motyw biżuterii, zegarków i drobnych rzeczy, które miały trafiać później do domowej codzienności. To nie jest tylko szczegół śledczy. Przedmiot zabrany ofierze może stać się trofeum. Dowodem przekroczenia granicy. Pamiątką po cudzym cierpieniu. Mały przedmiot bywa wtedy czymś wielkim: śladem zawłaszczenia drugiego człowieka.

Wokół tej sprawy krąży też szczególnie mroczna opowieść: że Tuchlin miał zabić kobietę, ukraść jej pierścionek, a miesiąc później podarować go swojej przyszłej żonie. Trzeba jednak zaznaczyć, że ten motyw funkcjonuje raczej jako legenda lub przekaz powtarzany wokół sprawy, a nie jako pewny, jednoznacznie potwierdzony fakt. Ale sama obecność tej opowieści dobrze pokazuje, jak ludzie próbują uchwycić grozę tej historii. Bo trudno wyobrazić sobie coś bardziej symbolicznego: przedmiot zabrany z miejsca przemocy przeniesiony do świata bliskości, narzeczeństwa i domowej normalności.

To właśnie ta sprzeczność budzi największy lęk. Z jednej strony codzienność: praca, rodzina, dom, zwykłe rozmowy. Z drugiej — tajemny świat przemocy, fantazji, agresji i braku współodczuwania. Tuchlin nie musiał wyglądać jak ktoś, kto niesie śmierć. Nie musiał stale zdradzać się spojrzeniem, gestem czy zachowaniem. I w tym tkwi najbardziej przerażający wymiar tej historii: maska zwyczajności bywa czasem skuteczniejsza niż każda teatralna maska potwora.

W takich sprawach społeczeństwo boi się nie tylko samego sprawcy. Boi się utraty prostego poczucia bezpieczeństwa. Bo jeśli ktoś taki może wyglądać zwyczajnie, to jak rozpoznać zagrożenie? Jak ufać ulicy, autobusowi, sąsiadowi, mężczyźnie idącemu za plecami? Seryjna przemoc niszczy więcej niż życie pojedynczych osób. Niszczy także niewinność wspólnego świata.

Dlatego historia „Skorpiona” nie jest wyłącznie opowieścią o mordercy z Pomorza. Jest opowieścią o psychologicznej pustce. O miejscu, w którym nie pojawia się wstyd, żal, współczucie ani uznanie cudzej odrębności. Tam, gdzie drugi człowiek przestaje być „kimś”, zaczyna się najciemniejszy rodzaj przemocy.

Ta historia przeraża nie dlatego, że pokazuje potwora. Przeraża dlatego, że pokazuje, jak długo potwór może wyglądać zwyczajnie.

Krótka nota faktograficzna:
Paweł Tuchlin działał na Pomorzu w latach 1975–1983. Został skazany za 9 zabójstw i 11 usiłowań zabójstwa. Wyrok śmierci wykonano 25 maja 1987 roku w Gdańsku. W relacjach z procesu i opracowaniach podkreśla się jego poczytalność oraz silne cechy psychopatyczne/dyssocjalne.