Tam, gdzie dziś brzmi muzyka, gazety pisały kiedyś o kostnicy.
Dziś Ołowianka kojarzy się z Filharmonią Bałtycką, spacerami nad Motławą i piękną, odnowioną przestrzenią nad wodą. Mało kto wie, że w niemieckiej prasie Wolnego Miasta Gdańska ta sama część miasta pojawiała się także w dużo mroczniejszym kontekście: jako miejsce, dokąd trafiały znalezione w mieście zwłoki.
W dawnej prasie Ołowianka występowała pod niemiecką nazwą Bleihof. W numerze „Danziger Volksstimme” z 1 czerwca 1926 roku ukazał się tekst o wymownym tytule: „Bei den friedlos Gestorbenen”, czyli „U tych, którzy zmarli bez spokoju”. Gazeta pisała, że zdanie: „Die Leiche wurde nach dem Bleihof gebracht” – „zwłoki przewieziono na Ołowiankę” – było niemal rutynową formułą kończącą notatki o odnalezieniu ciał osób nieznanych, samotnych albo tragicznie zmarłych.
Już samo wspomnienie tej nazwy wywoływało u bardziej sentymentalnych mieszkańców lekki dreszcz grozy. Ale nawet bez sentymentalizmu gdańska kostnica była miejscem grozy pod dwoma względami: trafiały tam prawie wyłącznie ciała nieszczęśliwych ludzi, którzy zmarli nagłą albo gwałtowną śmiercią, a poza tym samo miejsce było pod względem higienicznym tak średniowieczne i zacofane, że budziło przerażenie.
Opis starej kostnicy był bezlitosny. Według gazety przy Kanale Stępkarskim, dawnym Kielgraben, stał mały, sczerniały od starości i pogody budynek, oddzielony od drogi tylko drewnianym płotem. W środku miały znajdować się dwie proste drewniane prycze do wykładania ciał. Brakowało sali sekcyjnej i bieżącej wody, a podstawową czynnością sanitarną było polewanie podłogi płynem dezynfekcyjnym. Autor pisał, że trudno sobie wyobrazić coś bardziej prymitywnego i odrażającego. Dawny Bleihof nie budził wyłącznie grozy przez samo skojarzenie ze śmiercią. Mieszkańcy mówili o „mefitycznych zapachach” unoszących się w pobliżu kostnicy — ciężkich, duszących wyziewach, które w wyobraźni miasta zlewały się z obrazem ciał przywożonych tam po wypadkach, samobójstwach i nagłych zgonach. Gdańska prasa zaznaczała jednak, że odór nie musiał pochodzić bezpośrednio od ciał, lecz najpewniej od stosowanych tam środków dezynfekcyjnych.
W krótkich notatkach kryminalnych z lat 20. widać, że Bleihof był dla gdańszczan oczywistym adresem kostnicy. W 1922 roku, po odnalezieniu zwłok noworodka na cmentarzu Mariackim przy Wielkiej Alei, notka kończyła się suchym zdaniem, że ciało zostało przewiezione „zum Bleihof”. Bez dodatkowych wyjaśnień – czytelnik wiedział, co to oznacza.
W 1926 roku zapadła decyzja o przeniesieniu miejskiej kostnicy. Nowe Leichenschauhaus urządzono już nie na Ołowiance, lecz na Górze Gradowej, w kazamatach Galerii Strzeleckiej na dawnym Hagelsbergu. Niemiecka gazeta opisywała, że przygotowano tam sześć dużych, jasnych pomieszczeń, wykorzystując naturalny chłód ziemnych wałów. Dostęp ogrodzono, a samochód ze zwłokami mógł wjeżdżać przez specjalną bramę, aby transport nie wzbudzał sensacji wśród spacerowiczów.
Nowa kostnica miała już to, czego brakowało na Ołowiance: pomieszczenie do przygotowania ciał, salę okazania, wentylację, wodę, ciepłą wodę oraz kamienny stół sekcyjny. Historyk Jan Daniluk potwierdza, że w czerwcu 1926 roku miejską kostnicę przeniesiono z Ołowianki do Galerii Strzeleckiej, gdzie działała co najmniej do 1939 roku.
To jedna z tych historii, które pokazują, jak wiele warstw ma Gdańsk. Tam, gdzie dziś widzimy piękną Ołowiankę, muzykę i światło Filharmonii, dawne niemieckie gazety widziały ponury adres dla „zmarłych bez spokoju”. A później ta niewygodna funkcja miasta została ukryta w chłodnych, ceglanych kazamatach Góry Gradowej.
Źródła: „Danziger Volksstimme” 1922 i 1926, Jan Daniluk, Gedanopedia.




![Zdelegalizować Coaching, Czyli Tak Właściwie Co? [7 mitów na temat Coachingu]](https://ipsycho.pl/wp-content/uploads/2017/03/coaching-1-150x150.png)

